Właściwie wszystko mi jedno co ona śpiewa - mógłbym jej głosu słuchać non stop. Ale najlepiej się sprawdza w rozwleczonych balladach chyba. Jak I Hold no Grudge albo Keeper of the Flame. I bynajmniej nie dlatego, że w żywych kawałkach nie daje rady czy coś, bo power w głosie miała niesamowity przecież.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1967. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1967. Pokaż wszystkie posty
sobota, 8 czerwca 2013
207. Nina Simone - High Priestess of Soul
Właściwie wszystko mi jedno co ona śpiewa - mógłbym jej głosu słuchać non stop. Ale najlepiej się sprawdza w rozwleczonych balladach chyba. Jak I Hold no Grudge albo Keeper of the Flame. I bynajmniej nie dlatego, że w żywych kawałkach nie daje rady czy coś, bo power w głosie miała niesamowity przecież.
sobota, 1 czerwca 2013
poniedziałek, 6 maja 2013
240. Nina Simone - Nina Simone Sings the Blues
Moja ulubiona czarnoskóra śpiewaczka odkąd usłyszałem jej wersję Wild is the Wind. Wokal nie do podrobienia. Jeszcze tu wróci nieraz.
środa, 1 maja 2013
niedziela, 3 lutego 2013
332. Czesław Niemen - Dziwny jest ten świat
A jezu bym zapomniał dziś dodać. To znowu na szybko. To nie jest ten Niemen kompletny i doskonały, ale niektóre utwory same w sobie - owszem. Z tytułowym na czele oczywiście, a zaraz za nim Wspomnienie i Chciałbym cofnąć czas. Zawsze mnie jarał sposób śpiewania Cześka, w sumie nie wiem czy nie jest w jakimś top10 moich ulubionych wokalistów. Szkoda, że na starość zupełnie zapomniał jak się robi dobrą muzykę. Ale i tak chwała.
I special bonus:
środa, 23 stycznia 2013
343. The Jimi Hendrix Experience - Are You Experienced?
Nie wiem czemu nie kocham Murzyna, który wymyślił wszystko co się robi z gitarą, wynalazł rock i dotknął małego palca Boga kilkakrotnie, podobno. A ja z reguły uwielbiam muzykę i brzmienie z tamtych czasów, więc już całkiem bez sensu.
Znaczy trochę wiem czemu, na pewno mnie jego wokal drażni. Jakby w tych kawałkach był Plancik, to pewnie inaczej byśmy rozmawiali. No ale nie ma, więc zostaje gitara. I ta jest, jak to się mówi, wyjebana w kosmos, zwłaszcza jak na rok nagrania. Ale, że ze mnie żaden rockman i wielbiciel solówek, to też na stawianie ołtarzyków nikt mnie nie namówi.
Co ta płyta zatem tu robi właściwie? Jest kilka powodów:
- to jedyna płyta Jimiego, którą dobrze znam,
- mam strasznie dużo dni do wypełnienia, więc głupio byłoby chlastać w kółko gofrowe Led Zeppelin i Queen (czego i tak nie unikniemy raczej za bardzo) - trzeba czasem dać coś, dzięki czemu zachowam pozory jakiejkolwiek powagi;
- są tu kawałki, które bardzo lubię - urokliwe May This Be Love, psychodeliczne Third Stone From the Sun, czy Highway Chile z tym riffem co wiecie.
No i Hey Joe rządzi, chociaż ażeby memu fanbojstwu stało się zadość, dodam, że wolę wersję Roberta.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





