Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1999. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1999. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 czerwca 2013

188. Dream Theater – Metropolis, pt 2: Scenes from a Memory



A jebnijmy sobie arcydzieło progmetalu teraz, stać nas. Ich opus of the moon, w każdym razie na pewno później nic lepszego już nie nagrali. Przepych, patos, pretensjonalność, opera, metal, wciągająca fabuła, hymny na cześć reinkarnacji, riff zajebany od Toola, nastrojowe ballady, odgłosy seksu, jazzowe wstawki, gitarowy onanizm, wartka akcja. Chyba tylko efektów 3D brakuje. Swego czasu mnie to wchłonęło całkiem, dziwne to były czasy, to prawda, ale jak już raz wchłonęło to do dziś żywię sympatię. Spirit Carries On wyśpiewałem już setki razy, a Finally Free to co by nie mówić prawdziwe ciary. Natomiast z racji, że to taki muzyczny film, a fabuła nie jest ani jak Tarantino ani jak bracia Coen, to raczej ciężko mi do tego często wracać. A już na pewno nie porwę się w życiu na inną progmetalową rock operę, za stary na to jestem. Six Degrees... męczy mnie potwornie, a wszelkie wytwory w stylu Ayreona to kompletny koszmar.



189. Muse - Showbiz



Kiedyś się strasznie w nich lubowałem. Teraz jeśli ich słucham, to albo jestem pijany, albo odkurzam, albo coś tam. Co nie znaczy, że nie lubię, bynajmniej. Jezu, jak to się wspaniale fałszuje na całe gardło, jak nikogo nie ma w pobliżu. Jak jest też. Czad i patos. A to ich najbardziej tró płyta, z czasów kiedy jeszcze grali rocka, a nie dubstep (hahahaha, Boże co za czasy) i chociaż oczywiście bywało przesadnie patetycznie, to jednak nawet w połowie nie tak monumentalnie jak na Absolution chociażby. I to akurat wada, bo jak już się bawić to się bawić i kto by tych porcysów słuchał, które nie znają się na dobrej rozrywce. Jest trochę gofrów pod koniec, ale tytułowy, Falling Down, Uno, Cave, czy Muscle Museum rekompensują to z nawiązką. Ścisła czołówka w dyskografii, jakby nie patrzył.

PS. Chrome podkreślił mi słowo dubstep.

PSS. Wtf z tą okładką.



196. Flaming Lips - Soft Bulletin



Teraz zespół, który poznałem całkiem nieźle, a mimo to słabo ogarniam, chociaż teoretycznie powinien być bardzo mój - psychodeliczny, porównywany do Pink Floyd, rozbrajająco kolorowy i naćpany. Poza tym bardzo dobre melodie, próba scoverowania całego Dark Side of the Moon (w większości zakończona porażką jak dla mnie, ale za samą odwagę plusy) i na dokładkę Zaireeka, która zdaje się, że składała się z czterech płyt, których trzeba słuchać naraz (Neurosis i Tool wymiękają ze swoimi dziwactwami).

The Soft Bulletin to ich opus magnum zdaje się, spójny niczym wzorowy concept album, bardzo melodyjny i eklektyczny, ale nieco ciężki w odbiorze, więc jak ktoś się w takich klimatach nie nurza po uszy na co dzień, to może być niekoniecznie uradowany. Ja doceniłem dosyć późno, a i tak wyżej sobie cenię inną ich płytę, która się tu jeszcze oczywiście pojawi, jak Bóg da.




czwartek, 2 maja 2013

244. Porcupine Tree - Stupid Dream



Mam sentyment do tej płyty, bo od niej zaczynałem poznawanie Porcupine Tree swego czasu. Zaczyna się zajebiście, potem ni stąd ni zowąd wpada Piano Lessons, które jest tak wesoło i płytko popowe, że rockowcy w tym momencie popadają w oburzenie, co oczywiście tylko dodaje mu uroku i zalet. Dalej się wszystko rozleniwia, rozwleka i chwilami wpada w jakiś niewyraźny myslowicyzm, ale zawsze w granicach dobrego smaku na szczęście, a Tinto Brass pod koniec zamiata wszystko i ratuje dzień. Tool mógłby kiedyś skowerować ten kawałek. Właściwie Tool to mógłby kiedyś zrobić cokolwiek, bo mam wrażenie, że umarli.



poniedziałek, 22 kwietnia 2013

256. Anathema - Judgement



Trochę zaniżone, ale w sumie doom metal to takie emo dla pseudointeligentów. No i rzadko już słucham takich klimatów. Niemniej jak już słucham, to mam ochotę oddawać pokłony, bo to kawał dobrej płyty jest. Ze szczególnym uwzględnieniem części One Last Goodbye - Parisienne Moonlight - Judgement, która to część jest pięknem kompletnym.

A cała reszta to mi się głównie z Diablo kojarzy, bo wtedy trochę grałem. Polecam, pasuje.



wtorek, 5 lutego 2013

330. Eric Clapton - Blues



Album Erica Claptona, na którym jest zdjęcie Erica Claptona z gitarą i dodatkowo zdjęcie gitary, a album nazywa się Blues i Eric Clapton gra na niej blues i są dwie części - studyjna i koncertowa. To chyba powinien być klasyk z tego samego namnożenia oczywistych oczywistości. Tylko jakiegoś Murzyna brakuje, żeby było już totalnie bluesowo. Jak wiadomo każdy blues jest taki sam i od lat 60-ych nikt nie wymyślił nic nowego w tym zakresie, więc jak mam ochotę na takie klimaty to zazwyczaj po prostu wrzucam tego faceta i jest wszystko w porządku.

Jakaś bieda z szukaniem kawałka na YT, co chwila krzywa czerwona morda się pojawia, niech będzie to:



poniedziałek, 4 lutego 2013

331. Dream City Film Club - In The Cold Light Of Morning



Z niczym nie zdążam ostatnio, więc znowu w skrócie. Momentami kojarzą mi się po trochu ze wszystkim: Placebo, REM, Radiohead, nawet z wczesnym Muse, ale tak do końca z niczym nie da się ich porównać chyba. Mrok, emo, szał, punk, pop, hałas i świetne melodie. MIESZANKA WYBUCHOWA jak to mówią. Aż sroka zdechła. Jeszcze wrócą, z lepszą płytą.



czwartek, 17 stycznia 2013

349. Static-X - Wisconsin Death Trip



Bardziej szalone i bezkompromisowe od debiutu Systemu - powiedział mi ktoś kiedyś w internetach. Nie wiem czy miał rację, co ja tam wiem o szaleństwach i bezkompromisowości siedząc przed laptopem znowu. Trochę jakby System ogolić z całej tej ormiańskiej otoczki i zanurzyć po uszy w beztroskiej techniawie. Plus włosy w górę. Śmiechu co nie miara, w Metal Sluga gra się przy tym świetnie (w GTA2 też), jest dużo hałasu, tępych, urywanych riffów i rzygania zamiast śpiewania, więc generalnie same plusy.

Dlaczego więc tak daleko ich wrzucam za Ormianami, skoro na pozór się od nich nie różnią? Dobre pytanie! Otóż nie wiem. Może przez to, że za bardzo momentami brzmią jakby robili to na poważnie. Albo po prostu tęsknię za Serjem.