Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1976. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1976. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 czerwca 2013

199. Jean Michel Jarre - Oxygene



Mijamy 200. Z najsławniejszym dziełem tego elektronicznego żabojada jest tak, że najpierw się zachwycasz i jesteś gotów śmiało twierdzić, że to najlepsze co powstało w muzyce od czasów Szopena, potem ci się całkiem nudzi no bo ile można tych elektronicznych smętów słuchać, a potem się okazuje, że myliłeś się dwa razy, bo to zajebista płyta jest, chociaż dziś już pewnie nie brzmi jak Przyszłość.




wtorek, 16 kwietnia 2013

260. Tangerine Dream - Stratosfear



Z tego co od nich znam to najlepsza płyta, więc nie wiem czy nie za nisko, ale mój mózg już nie pracuje dzisiaj.



sobota, 13 kwietnia 2013

263. Rush - 2112



Progresywna szatańska suita, mroczny tandetny pentagram na okładce - i od razu wiesz skąd na tym świecie wzięły się takie rzeczy jak Dream Theater.




niedziela, 3 marca 2013

304. Led Zeppelin - Presence



Najwyższa pora na najlepszy hardrockowy zespół ever, aż dziwne, że dotąd kompletnie nic od Zepów tu nie wpadło. Ta płyta (jak zresztą można wnieść po okładce) to nie jest ich szczytowe osiągnięcie oczywiście, ale i tak wystarczyło, żeby się załapać do mojego szałowego zestawienia. Achilles to najlepszy kawałek Iron Maiden w historii, w dodatku jeszcze przed powstaniem Iron Maiden chyba (chociażby dlatego, że zamiast powermetalowego piania na wokalu jest Mistrzu). For Your Life godnie kontynuuje progresywny styl z Physical Graffiti, jednocześnie płynąc i bujając się na pełnym luzie, zupełnie jakby takie rzeczy to się grało między jednym jaraniem a drugim. Albo w trakcie. Podobnie Nobody's Fault But Mine - z którym do dzisiaj nie wiem czy lepsza jest wersja albumowa, czy ta późniejsza z No Quarter. No a Tea for One... to o czym tu gadać właściwie. Piękno. I co z tego, że popłuczyny po Since I've Been Loving You.



niedziela, 17 lutego 2013

318. Rainbow - Rising



Może i nisko, ale jakbym nad każdą płytą myślał czy wyżej czy niżej, to bym się porzygał a potem umarł, a potem jeszcze raz się porzygał. Nie będę ukrywał, że ten dostojny album z rozbrajającą okładką to dla mnie przede wszystkim jeden potężny utwór - Stargazer. To jest tak klasyczne, że powinno być puszczane w Sèvres czy w czymś, jako wzór epickości. Wszelkie Black Sabbathy przed Dio i po Dio, Deep Purpele i inne Uriah Heepy (że o wszystkich późniejszych metalowych dziewicach, które chyba zostały powołane do życia przez tę płytę właśnie) w tym momencie padają na ryje i składają pokłony. W tych ośmiu minutach z hakiem zostaje zdefiniowany hard rock, heavy metal, power metal i power w ogóle, a Dio śpiewa tak, jakby  Kostkę Przeznaczenia to zeżarł na śniadanie a potem popił krwią Szatana. Coś pięknego.

A reszta to tam wiadomo, klasycznie klasyczne rocki, bardzo fajne.