Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2004. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2004. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 kwietnia 2013

265. Various Artists - Kill Bill: Vol. 1; Kill Bill: Vol. 2



Muzyka to jakieś 75% zajebistości tego filmu.
(Reszta % to Michael Madsen, byłoby więcej jakby występował w pierwszej części).



środa, 3 kwietnia 2013

273. Orphaned Land - Mabool: The Story of the Three Sons of Seven



Był niemiecki discometal, to teraz izraelski prog. Concept album z melodyjnym papatajem i orientalnymi wstawkami. W dodatku szalenie przystępny. Czego chcieć więcej.



wtorek, 2 kwietnia 2013

274. Rammstein - Reise, Reise



Słowo "sentyment" jakoś mi nie pasuje do niemieckiej muzyki, ale trudno. Zdaje się, że najbardziej popowa, żeby nie powiedzieć dichowa, ich płyta - każdy kawałek to właściwie kandydat na hiciora. I co jedna piosenka to śmieszniejsza (na czele z Moskau, które brzmi jak cover Tatu). Swego czasu, czyli wtedy kiedy to wyszło, słuchaliśmy namiętnie w całości, co było ewenementem, bo poza tym na tapecie były same składanki i soundtracki.



poniedziałek, 28 stycznia 2013

338. Indukti - S.U.S.A.R.



Polski Tool, mówili. Będzie fajnie, mówili. Mówili też, że w stylu nowego King Crimson. To w sumie już prędzej. Instrumentalnie połamane, pokomplikowane, MATEMATYCZNE i inne takie labirynty perkusyjne. Wiecie o co chodzi. Do tego wokalizy w tle i wiolonczela, która chyba najbardziej nadaje styl i klimat tej muzyce.

Oczywiście bez ofiar się nie obyło - na wokalu, sporadycznym i gościnnym, ale jednak - jest Duda. I za każdym razem gdy się pojawia robi się nudno i sztampowo wręcz. Szkoda, że w ogóle Roguckiego nie wzięli. Znaczy bez przesady, nie ma tragedii, ale taka prawda, że jak jest instrumental to mamy dużo fajnego klimatu i progmetalu w tym pozytywnym znaczeniu, a jak wkracza wokal to gdzieś to wszystko ulatuje. Niemniej to i tak jest płyta z klasą, zwłaszcza w porównaniu z ich następną, która tu nie wystąpi, bo mi było smutno bardzo jak ją usłyszałem raz w życiu.



piątek, 4 stycznia 2013

362. Franz Ferdinand - Franz Ferdinand



Pamiętam jak sobie kiedyś pomykałem tramwajem z moim tanim walkmano-radiem (czy co to było) niczym prawdziwy gangsta i dzień w dzień puszczali single z debiutu tych gości. Ach, dziwne to czasy były, kiedy się jeszcze radia słuchało (to chyba Radio 94 było wtedy na fali). Szczególnie do The Dark of The Matinee mam sentyment w związku z tym. Dosyć nierówna ta płyta, zwłaszcza jak na "rockową rewolucję", ale parę wesołych rzeczy się znajdzie (jak choćby Take Me On, Auf Achse czy 40 ft). Najfajniejsza była ta ich taneczność, która nakręcała praktycznie każdy kawałek. Gdyby nie to, że nie umiałem (i nadal nie umiem) tańczyć, to bym się wtedy chętnie, za przeproszeniem, puszczał w tany.

A w sumie nawet nie mam pojęcia co się z nimi dalej działo, bo radia przestałem słuchać, a w moich internetach wszyscy mają ich w dupie.