Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jean michel jarre. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jean michel jarre. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 czerwca 2013

199. Jean Michel Jarre - Oxygene



Mijamy 200. Z najsławniejszym dziełem tego elektronicznego żabojada jest tak, że najpierw się zachwycasz i jesteś gotów śmiało twierdzić, że to najlepsze co powstało w muzyce od czasów Szopena, potem ci się całkiem nudzi no bo ile można tych elektronicznych smętów słuchać, a potem się okazuje, że myliłeś się dwa razy, bo to zajebista płyta jest, chociaż dziś już pewnie nie brzmi jak Przyszłość.




środa, 30 stycznia 2013

336. Jean Michel Jarre - Equinoxe



To jest zabawna sprawa: muzyka, która kiedyś ociekała świeżością, żeby nie powiedzieć - pochodziła z przyszłości, dzisiaj brzmi... dokładnie tak, jak muzyka, która kiedyś robiła te wszystkie rzeczy. Coś jak plastikowe ejtisy, albo wyobrażenie XXI wieku w filmach z lat 70-ych. W sumie to nawet wtedy nie było tak bardzo oryginalne, bo przecież JMJ wcześniej wydał Oxygene, który jak wiadomo jest identyczny.

Wcale nieprawda, to co napisałem - bardzo dobrze się tego słucha dzisiaj, w przyszłości. Co prawda od czasu do czasu przypomina mi się ytron z keyboardem, ale to pewnie dlatego, że zbyt dużo słyszałem ytrona z keyboardem. No i co by nie było, to jest blogasek w dużej mierze nostalgiczny, a niewiele jest równie nostalgicznych rzeczy jak czołówka z Kwanta. Ach te zabawne czasy, kiedy o prawie autorskim dopiero powoli zaczynano się dowiadywać.