Znaczy o pierwszą płytę tu się głównie rozchodzi, bo drugą to kiedyś tam słyszałem i mnie nie wzięła. Przede wszystkim sentyment, bo to przez tytułowy kawałek wsiąknąłem w te Hogarthowe jęki. Do dzisiaj z resztą jeden z moich ulubieńców w dyskografii. Z miejsca mi się skojarzył z jakimś progresywnym, rozwleczonym Radioheadem. W sumie h ma podobną manierę do Yorke'a, tylko możliwości wokalne z zupełnie innej półki.
Poza tym dość mało gofrów, jak na nich, wszystko nieźle spójne, no i Essence to sama Radość.
Ta płyta wyszła jakoś w czasie kiedy w ogóle się dowiedziałem, że istnieje taki szalony Australijczyk. Niby ...and the Bad Seeds, ale głównego bad seeda już dawno nie ma. A i tak muzyka na zajebistym poziomie.
Psychodeliczny rock z trochę postpunkowym wokalem. Bardzo transowe, gęste i porywające, muzyka z tych, które płyną , płyną i wciągają coraz bardziej, nawet jeśli leci w tle. Może nie tak melodyjne jak pojekty Jasona Pierce'a ale bardzo w jego klimacie. Tylko mroczniej, żadnego Jezusa i innych słodkich rzeczy w stylu Spiritualized. Sam szatan.
Po Hypnotize, jak powszechnie wiadomo, System wziął i się zawiesił, a wokalista z gitarzystą zaczęli się ścigać, kto szybciej lepszą płytę nagra i prawdziwą gwiazdą zostanie. Przynajmniej tak to wyglądało. Daron, w związku z powyższym, zapuścił brodę menela, założył nową kapelę i spłodził tę śmieszną płytę z jaskrawą okładką.
Kiedyś dawno temu, kiedy jeszcze umiałem pisać długie teksty i moja elokwencja nie ograniczała się do 'lol' i 'rotfl' i nie łączyłem wielu zdań za pomocą "i" i miałem przyjaciół i bawiliśmy się świetnie pisząc o postpunku, o którym nie miałem i nadal za bardzo nie mam zielonego pojęcia... zdaje się, że wtedy zjechałem tę płytę dosyć mocno. Co by nie było, Daron bez Serja, to jak Lipski bez Siary, jeśli nie gorzej. Ale gdy teraz słucham, jak ten drugi (Serj, nie Siara) niemrawo odgrzewa kotlety, to ten album brzmi całkiem świeżo w porównaniu. Daron oczywiście wyje, co jest dosyć smutne, ale są zabawne melodie (takie w jego stylu), jest względny szał, jest pogo, gimbaza się bawi. Oczywiście mniej ciekawie się robi kiedy pojawiają się jakieś nieogarnięte emoballadowe fragmenty, ale szczęśliwie nie ma tego za wiele*), a i one całkiem pasują na soundtrack do Metal Sluga. A to przecież jedyny słuszny wyznacznik jakości, jeśli chodzi o taką muzykę.
*) No dobrze, Whoring Streets pod koniec płyty jednak można było sobie spokojnie darować i nie zarzynać tego kota.