Lubię ten dualizm - pierwsza część to porąbane popowe kawałki, natomiast druga zaczyna się łagodną balladą i z czasem wszystko rozpływa się w prawie-że-ambienty i trudno uwierzyć, że dopiero co słuchałeś tych skocznych piosenek z wokalem angielskiego skrzata. Dwa różne światy całkiem. Ten drugi świat lubię zdecydowanie bardziej, ale w sumie bez tego pierwszego mógłby nie brzmieć tak cudownie błogo.
O, i okładka ładna, jak na najbanalniejszy motyw pod tym względem, czyli wklejamy mordę artysty.
Ach - art punk, post-punk, proto-punk, tyle niedorzecznie śmiesznych nazw na jeden zespół. Najlepsze jest, że grali post-punk zanim punk bez post się pojawił chyba. Krytycy muzyki to nieodgadnione stworzenia.
Faktem (w muzyce oczywiście liczą się tylko fakty) jest, że zazwyczaj nie trawię punku a za tą płyta przepadam. Może dlatego, że bliżej jej do art rocka niż do jakiegoś, z całym szacunkiem, ale za przeproszeniem, Sex Pistols.
Rzadko lecę na rock-opery, dlatego nawet The Wall u mnie leży daleko za innymi płytami Flojdów. Ale są wyjątki. Może rock-opera to nadużycie w tym przypadku, bo to bardzo lekka płyta, w większości właściwie popowa. Może dlatego tak mi się podoba, bo od razu chwyta, nie trzeba się zmagać z progresywnymi solówkami (które to zmaganie często do niczego nie prowadzi i jest tylko smutek). Bardzo zgrabny, przemyślany i INTELIGENTNY album. I jedno z piękniejszych zakończeń w muzyce.
Kolejny soundtrack, kolejny film którego nie widziałem i właściwie długo nie wiedziałem, że istnieje. Założę się, że muzyka do niego nie pasuje. Po pierwsze jest niemiecki, a muzyka jest ładna. Po drugie jak poznam jakiś soundtrack bez filmu to zwykle w głowie tworzy mi się alternatywny teledysk tudzież trailer i potem zawsze się zawodzę, jak okazuje się, że najlepszy moment utworu to zupełnie nieistotna scena w filmie.
Nie ogarnąłem nigdy Kraftwerka, chyba przez ten język, natomiast jak chwyciło mnie NEU! to nie puszcza do dziś, a solowy album tego pana jest kontynuacją tego grania, tylko nieco bardziej melodyjnie. Trochę jakby Pink Floyd po niemiecku - mniej progrockowo, bardziej elektronicznie. I klimat, czyli słowo klucz, można napisać 'klimat' i w sumie mamy uzasadnienie czemu coś jest dobre, albo nie. Klimat, który ni cholery nie pasuje do tej walniętej okładki, no ale co zrobić.
Melodie są proste, każdy kawałek jest oparty właściwie na jednym motywie, ale wciąga, wbija się w łeb i hipnotyzuje. A jednocześnie doskonale się nadaje do muzyki w tle. Takie rzeczy powinno się puszczać w miejscach publicznych, a nie to wszystko, co w telewizji jest. Niech ludzie odpoczywają przy dźwiękach, a nie się wkurwiają. Niech subtelny Niemiec im przygrywa na swej automatycznej perkusji.