Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2007. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2007. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 czerwca 2013

192. Einstürzende Neubauten - Alles wieder offen



Chyba najbardziej przystępna płyta tego zespołu, którego nazwa brzmi jak inwazja na Polskę. Niektóre kawałki są wręcz tak piękne, błogie i subtelne (jak choćby wyjęty chyba z soundtracku do Muminków Nagorny Karabach) - że prawie nie słychać tego języka. Nawet industrialni Niemcy kiedyś dojrzewają.

W sumie Muminki po niemiecku - niezła faza.



środa, 8 maja 2013

238. Robert Plant and Alison Krauss - Raising Sand



Stary Plant to całkiem inny koleś niż ten szalony krzykacz z Led Zeppelin, co bynajmniej nie znaczy, że gorszy. Już się tak nie wydrze jak kiedyś, wiadomo, ale ile można się drzeć. Plus Alison Krauss, o której przed tą płytą nawet nie słyszałem, a niespodziewanie chyba najbardziej lubię kawałki z nią na wokalu.



poniedziałek, 8 kwietnia 2013

269. Serj Tankian - Elect the Dead



Ach, pamiętam jak się jarałem, że Serj żyje i wydaje płytę, jak zobaczyłem teledysk do Unthinking Majority. Wielkie dzieło to nie było, ale słychać było duch SOAD'u, było miło i obiecująco. Potem się okazało, że na tej jednej jaskółce się nie kończy, sporo systemowych kawałków się tu znalazło - co prawda trochę rozwodnionych i często do bólu wtórnych, ale i tak radość. Głównie w początku płyty się nagromadziły, bo generalnie im dalej tym biedniej i bardziej gofrowo: tytułowy to najnudniejsza piosenka, jaką ten człowiek zaśpiewał w życiu. Chyba. Może i nie - w końcu istnieje Harakiri. Ale Empty Walls jest wspaniałe, Money mogłoby spokojnie stać w dyskografii Systemu obok takich rzeczy jak Chic n' Stu czy Vicinity of Obscenity, a reszta piosenek (tak gdzieś do 10 tracka) to Serj w najlepszej formie. Udana płyta i niezły sukces - może i niestety, bo zapewne przedłużyło to tylko zawieszenie współpracy z Daronem, który tymczasem sobie wyraźnie gorzej radził. No i potem mieliśmy Serjowe S&M, potem śmiech na sali na miarę Hot Space a ostatnio wspomniane Harakiri, które jest wybitnym dowodem na to, że czas przestać się wygłupiać i wskrzesić zespół-matkę.



poniedziałek, 1 kwietnia 2013

275. Robert Rodriguez - Grindhouse: Planet Terror; Various Artists - Grindhouse: Death Proof



A zaszalejmy z okazji podwójnego lanego prima aprilisa i wrzućmy to jako całość, tak jak te filmy powinny być zresztą traktowane. Tak, jestem fanbojem obu tych facetów - zamierzone błędy, Rodriguez geniusz, nie rozumiecie KONWENCJI i inne takie. I tak samo fanatycznie wyznaję soundtracki z większości ich filmów - zwłaszcza Quentina, który zawsze wygrzebuje jakieś perełki i sprawia, że stają się modne. Ale Rodriguez też napisał kawał zajebistego soundtracku. Dobra muzyka do picia.



piątek, 29 marca 2013

278. Puscifer - V is for a Vagina



Czyli Maynard w kolejnym wcieleniu, tak jakby oryginalne było złe. Nie ma już progmetalu, za to jest groove, triphop, gospel, industrial i czego tam jeszcze dusza pragnie. Oczywiście wszystko w charakterystycznym, pojebanym stylu, żeby nie było wiadomo o co właściwie chodzi i niech się ludzie domyślają, jakiż geniusz za tym się kryje. Zdaje się, że projekt obejmował też inne dziedziny ambitnej sztuki - włącznie z projektowaniem odzieży, ale jak patrze na tę zjebaną (choć komiksową) okładkę, to ja bym się w to nie ubierał. Niemniej płyta fajna, słabsza nieco niż A Perfect Circle i 100 lat za Toolem, no ale kim ja jestem, żeby wątpić w Proroka i jego Głos.



środa, 13 marca 2013

294. Porcupine Tree - Fear of a Blank Planet



Nie wiem czy nie za wysoko to zawędrowało przez moje gapiostwo, bo z późnym Wilsonem to jak z Riwersajdem - właściwie to słucham tego już tylko w jednej określonej okoliczności - jak piję z Arsenem i dobieramy muzykę tak, żeby żaden z nas nie mógł za bardzo narzekać. Taki kompromis. Bo zbyt młodzieżowe to jednak już dla mnie. I za bardzo progmetal, który też tylko w wyjątkowych przypadkach u mnie gości. No ale wiadomo, że sentyment i się parę lat temu tym jarało, fajnie się rozdawało przy tym ulotki, Anesthetize miecie, a końcówka Sleep Together brzmi prawie jak jakiś Kashmir XX-ego wieku. Bo to dobra płyta jest.

No i zawsze to lepsze niż następna, którą Wilson zupełnie wyprał z melodii i pomysłów.



wtorek, 12 marca 2013

295. The Swell Season - Once: Music From the Motion Picture



Są soundtracki, które przewyższają filmy, w których przyszło im się znaleźć - np. niektóre od Morricone. Albo motyw z Requiem for a Dream, który nieszczęśliwie został obecnie hymnem TVNu. Takie, które często brzmią lepiej same, bez filmu. A są też takie, które wymagają poznania razem z obrazem. I tak jest w przypadku duetu (właśnie się dowiedziałem, że oni się jakoś nazywają jako całość): Glen Hansard i Markéta Irglová. I to nie dlatego, że film jest jakiś wybitny, bo nie jest. Taka tam sympatyczna nostalgiczna historia dwójki ludzi, którzy mocują się z weną i rodzi się w nich UCZUCIE. Coś jak Music & Lyrics tylko na serio i bez słodkich happy endów. Czyli w sumie bez sensu. Nic szczególnego z tego filmu nie pamiętam, z wyjątkiem scen z muzyką, które wracają za każdym razem podczas słuchania. I chyba to jest najmocniejsza strona tego soundtracku.



wtorek, 22 stycznia 2013

344. Dream Theater - Systematic Chaos



Zespół legenda w niektórych kręgach. Zespół, który był kiedyś wielką nadzieją na wskrzeszenie słusznie zmarłego dinozaura pt. rock progresywny. Zespół, który przy okazji grał jak Iron Maiden i nikomu to nie przeszkadzało, ponieważ łączył heavy metal z artrockiem i to niby mądre posunięcie było. Zespół, który z czasem postanowił olać te pierdolety i zaczął wydawać parodie Muse, Evanescence i innego, za przeproszeniem, numetalu, w zależności od tego co było akurat popularne. Założę się, że gdyby Portnoy nie wyleciał, dziś graliby dubstep z 15minutowymi solówkami gitarowymi. W sumie to byłoby nawet innowacyjne.

To jest ta płyta na której się ostatecznie sprzedali, zaprzepaścili szanse, spalili mosty, wpadli po uszy w żenadę i dali dupy. No bo jak tu z powagą traktować coś co niby jest progresywną suitą, ale opowiada o mrocznym władcy, a wszystko brzmi podejrzanie młodzieżowo? No nie da się. To już nie jest poważny gniew dla starych ludzi z brodą, tylko jakaś impreza dla gimbusów. I to jaka. Ryj się cieszy od ucha do ucha.

Mam z tą muzyką różnorakie wspomnienia. Byłem przez nią np. pierwszy raz w życiu (prawie) na koncercie. Było głośno, metalowo i kudłacze skakały wszędzie, a w połowie zachciało mi się rzygać. Najgorzej wydane 100zł w moim życiu. Ale zawsze to jakieś nowe doświadczenie było. O wiele lepiej wspominam wspólne pijackie śpiewanie drugiej części In the Presence of Enemies wraz z pewnym fanem nightwisha, marillionanistą, spontanicznym striptizerem oraz najstarszym niepełnoletnim człowiekiem w całym internecie (których pozdrawiam).

Bo to taka muzyka jest. Im bardziej jesteś pijany, tym lepsza. Mój błąd, że wtedy na koncercie byłem zupełnie trzeźwy.