Nie wiem czemu nie kocham Murzyna, który wymyślił wszystko co się robi z gitarą, wynalazł rock i dotknął małego palca Boga kilkakrotnie, podobno. A ja z reguły uwielbiam muzykę i brzmienie z tamtych czasów, więc już całkiem bez sensu.
Znaczy trochę wiem czemu, na pewno mnie jego wokal drażni. Jakby w tych kawałkach był Plancik, to pewnie inaczej byśmy rozmawiali. No ale nie ma, więc zostaje gitara. I ta jest, jak to się mówi, wyjebana w kosmos, zwłaszcza jak na rok nagrania. Ale, że ze mnie żaden rockman i wielbiciel solówek, to też na stawianie ołtarzyków nikt mnie nie namówi.
Co ta płyta zatem tu robi właściwie? Jest kilka powodów:
- to jedyna płyta Jimiego, którą dobrze znam,
- mam strasznie dużo dni do wypełnienia, więc głupio byłoby chlastać w kółko gofrowe Led Zeppelin i Queen (czego i tak nie unikniemy raczej za bardzo) - trzeba czasem dać coś, dzięki czemu zachowam pozory jakiejkolwiek powagi;
- są tu kawałki, które bardzo lubię - urokliwe May This Be Love, psychodeliczne Third Stone From the Sun, czy Highway Chile z tym riffem co wiecie.
No i Hey Joe rządzi, chociaż ażeby memu fanbojstwu stało się zadość, dodam, że wolę wersję Roberta.
