Nigdy nie udało mi się wkręcić w rzekomo najlepszą doskonałą idealną płytę Watersa, czyli Amused to Death. A próbowałem kilka razy. Nudziłem się niemiłosiernie. Za to jego solowy debiut lubię - jest dużo kalek z The Wall i The Final Cut, i brzmi w dużej mierze jak piąta woda po kisielu kontynuacja wyżej wymienionych, ale jest Clapton z gitarą, jest fajny saksofon, jest nieprzesadnie patetycznie (oczywiście jak na Rogera) - a nawet intymnie i subtelnie momentami. I zwyczajnie dobrze mi się tego słucha. Chociaż do największych dokonań tego jęczyduszy startu nie ma. Mówią, że najlepiej smakuje o 4:30 nad ranem, czyli tak jak sugerują nazwy utworów, ale nie próbowałem. Albo nie pamiętam.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą roger waters. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą roger waters. Pokaż wszystkie posty
piątek, 5 kwietnia 2013
271. Roger Waters - The Pros and Cons of Hitch Hiking
Nigdy nie udało mi się wkręcić w rzekomo najlepszą doskonałą idealną płytę Watersa, czyli Amused to Death. A próbowałem kilka razy. Nudziłem się niemiłosiernie. Za to jego solowy debiut lubię - jest dużo kalek z The Wall i The Final Cut, i brzmi w dużej mierze jak piąta woda po kisielu kontynuacja wyżej wymienionych, ale jest Clapton z gitarą, jest fajny saksofon, jest nieprzesadnie patetycznie (oczywiście jak na Rogera) - a nawet intymnie i subtelnie momentami. I zwyczajnie dobrze mi się tego słucha. Chociaż do największych dokonań tego jęczyduszy startu nie ma. Mówią, że najlepiej smakuje o 4:30 nad ranem, czyli tak jak sugerują nazwy utworów, ale nie próbowałem. Albo nie pamiętam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
