Po dobrze przyjętym (także przez krytyków, kimkolwiek oni są) debiucie, Shivaree spłodziło ciąg dalszy i już nie było tak kolorowo. A to głównie dlatego, że komuś tam się chyba tytuł nie spodobał, wraz z okładką i koniec końców w ogóle tej płyty w USA nie wydano oficjalnie. To musiało być o tyle bolesne, że Rough Dreams wydaje się bardziej przebojowa od poprzedniczki o absurdalnie długim tytule i poza failem z wydawnictwem chyba tylko porządnego następcy Goodnight Moon na niej brakuje (John, 2/14 to jednak nie ten poziom zajebistości). I przy okazji to ich najodważniejsza płyta jeśli chodzi o brzmienie, takie Thundercats to mnie swego czasu odrzuciło, bo byłem przyzwyczajony do słodkiego brzdąkania na gitarze a nie elktronicznych piardów na całego. No ale Ambrosia śpiewa równie uroczo jak wcześniej, a w sumie i tak tylko o nią w tym wszystkim chodzi przecież.
Był "polski Tool", to teraz polski Radiohead. Tak naprawdę to wcale nie, ale to fajnie brzmi. Po za tym śpiewają po angolsku, więc w sumie to nic nie znaczy, że polski. Pomijając to, że oczywiście miło mieć świadomość, że u nas to nie tylko Riwersajdy i Behemot.
Wokal jest stłumiony, stonowany i nie próbuje niczego udowadniać, ani odstawiać Artura Rojka, co jest bardzo właściwym posunięciem. Styl utworów oscyluje między czymś w rodzaju Ok Computer a postrockiem, czyli bardzo moja bajka. Dobre jest też to, że płyta wykazuje tendencję zwyżkową - im dalej tym wyraźnie lepsze kawałki, z bardziej wciągającymi, hipnotyzującymi finałami. No wyłączając samo zakończenie i bonus, tutaj trochę nastrój siada i robi się jakaś parodia Anathemy, ale, że bonus i jednorazowa wpadka to nie ma co zaraz psioczyć, że polaki biedaki.