Rojek nad Dream Theater, to dopiero. To jest ta płyta, którą nasi kochani rodzimi wyjce mieli zawojować zachód. Wyszło jak zwykle, ale sama płyta im się udała. Część kawałków z wydanego wcześniej w Polsce albumu pod tym samym tytułem, część hiciorów z tej płyty co latają na gitarach na okładce, wszystko nagrane od początku w podobnym klimacie i zestawione w zupełnie spójną całość. A Rojek śpiewa po angielsku, co sprawia, że wszystko brzmi jakoś bardziej na serio i jego grafomania nie rzuca się aż tak w uszy. Z wyjątkiem kawałka o strasznym tytule I'd Like to Die of Love, w którym wieszcz przełomu wieków burzy wszelkie bariery językowe - wydaje mi się, że nawet gdyby śpiewał po chińsku, byłoby słychać, że to potworny banał. No i ten bonus na koniec, w którym nawet nie on śpiewa, a jakimś cudem jest jeszcze bardziej pretensjonalnie niż kiedykolwiek w dyskografii. Ale cała reszta na duży plus, z radioheadowym tytułowym utworem na czele.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2003. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2003. Pokaż wszystkie posty
piątek, 28 czerwca 2013
187. Myslovitz - Korova Milky Bar
Rojek nad Dream Theater, to dopiero. To jest ta płyta, którą nasi kochani rodzimi wyjce mieli zawojować zachód. Wyszło jak zwykle, ale sama płyta im się udała. Część kawałków z wydanego wcześniej w Polsce albumu pod tym samym tytułem, część hiciorów z tej płyty co latają na gitarach na okładce, wszystko nagrane od początku w podobnym klimacie i zestawione w zupełnie spójną całość. A Rojek śpiewa po angielsku, co sprawia, że wszystko brzmi jakoś bardziej na serio i jego grafomania nie rzuca się aż tak w uszy. Z wyjątkiem kawałka o strasznym tytule I'd Like to Die of Love, w którym wieszcz przełomu wieków burzy wszelkie bariery językowe - wydaje mi się, że nawet gdyby śpiewał po chińsku, byłoby słychać, że to potworny banał. No i ten bonus na koniec, w którym nawet nie on śpiewa, a jakimś cudem jest jeszcze bardziej pretensjonalnie niż kiedykolwiek w dyskografii. Ale cała reszta na duży plus, z radioheadowym tytułowym utworem na czele.
czwartek, 27 czerwca 2013
191. A Perfect Circle - A Thirteenth Step
Maynard w kolejnej odsłonie. W porównaniu do debiutu trochę więcej gofrostwa, ale też większość moich ulubionych kawałków APC właśnie tu się znajduje. Na czele z Gravity, które brzmi, jakby zwiastowało powrót Toola w nowej odsłonie.
Ale po cholerę ten ślimak, który jest papryczką, to nie wiem.
piątek, 12 kwietnia 2013
265. Various Artists - Kill Bill: Vol. 1; Kill Bill: Vol. 2
Muzyka to jakieś 75% zajebistości tego filmu.
(Reszta % to Michael Madsen, byłoby więcej jakby występował w pierwszej części).
niedziela, 31 marca 2013
276. Evanescence - Fallen
Ok, nie udało mi się jednak powstrzymać. Poprzednio próbowałem odciągnąc uwagę od faila, to teraz dla odmiany ukoronuje go stosowną płytą. Dzisiaj słuchaliśmy z katty i jest nadal tak samo zabawna (płyta, w sumie katty też) co kiedyś. Znaczy w sumie kiedyś była na serio, co jest dosyć smutne, ale byłem w liceum, a to prawie jak gimbaza, której nigdy nie doświadczyłem, więc powiedzmy, że jestem rozgrzeszony. Powiedzmy, błagam.
Nu-metal z irytującą wokalistką, pseudoreligijno-emo tekstami, gotyckimi chórkami i gościnnym występem jakiegoś rapera. No jak z Eurowizją - albo się rzyga od razu i ucieka, albo zostaje i zmienia się w potwora. Czy jak tam ten tekst z Batmana szedł. Ja niby zdążyłem kiedyś uciec, ale jak sobie przypominam Bring Me To Life z ytronem z podziałem na role w środku nocy na środku mostu, to nie jestem taki pewien. Zwłaszcza, ze to wydaje się jakby było zupełnie niedawno.
A, Amy po tej płycie zdaje się wyjebała głównego piosenkopisarza z zespołu i późniejszych płyt to już zupełnie nie da się słuchać. Wiem, bo próbowałem.
wtorek, 5 marca 2013
302. Serart - Serart
Płyta, którą Serj i Arto nagrali chyba dla jaj, o czym mogą świadczyć chociażby zarejestrowane kaszle i inne beknięcia w tle, a i tak jest o wiele ciekawsza, niż to co ten pierwszy robi dzisiaj. Zupełnie w innym stylu niż macierzysta grupa Serja - jedyne co ją łączy z Systemem to wokal i poczucie humoru. Poza tym sample, elektroniczne pitołki, bliskowschodnie odgłosy i miejscami naprawdę fajne melodie. A wśród tego prawdziwe perełki, jak Narina. Coś, co można było bardziej rozwinąć (głównie po to, żeby połechtać moje hipstersko-fanbojskie uszy, bo na sukces komercyjny to bym nie liczył) i mógłby wyjść zajebisty mix elektroniki z muzyką etniczną i przy okazji wybitnym wokalem. Coś wyjątkowego nawet. Zamiast tego powstał dosyć NIEPOWAŻNY album, do którego i tak podejrzanie często wracam. Bo mi tęskno! Do starych czasów. Och. Bo jak wiadomo, kiedyś było lepiej, a teraz to Justin Bieber.
sobota, 23 lutego 2013
312. Anathema - A Natural Disaster
Muszę jechać do Boat City*, więc znowu na speedzie: to jest ta płyta, która rzekomo jest lepsza od A Fine Day to Exit, a naprawdę brzmi tak samo, przy czym wolę poprzedniczkę, bo pierwszą ją poznałem. W każdym razie czasy tej późnej Anathemy, kiedy mrok, gotyk i szatana zostawili na rzecz spedalonego artrocka, trochę jak metalowy Radiohead (takie Closer brzmi jak cover Everything in the Righ Place). Albo rockowy Radiohead, bo przecież Radiohead to nie rock.
*) cóż za zbieg okoliczności, że akurat płyta z łódką.
poniedziałek, 18 lutego 2013
317. Riverside - Out of Myself
Riwersajdem się równie szybko zachwyciłem, co znudziłem. Pierwsza płyta wydała mi się wspaniała i porywająca (a to, że garściami czerpała z Flojdów, Porkjupajnów, Drimfjeterów* i innych Marillionów - to tylko plus, bo było to czerpanie bardzo umiejętne). Druga już sprawiała wrażenie takiego Crimsonowego Posejdonem - że ciąg dalszy, dalej to samo, sequel, więc wrażenie odpowiednio mniejsze. Trzecia zanudziła mnie na śmierć. Ale znowu AD/HD było niezłym odświeżeniem stylu. Plus, że Polska, a grają jak zagranicą, zamiast śpiewać o wchodzeniu na drzewo i patrzeniu w niebo**. Minus, że Duda, a ja mam uczulenie na jego wokal i nic na to nie poradzę.
Dzisiaj już właściwie nie wracam do tej płyty, ale złego słowa nie powiem. A przynajmniej nie za dużo. Bo szacuken i sentyment.
*) ściągać od Dream Theater - jak to zabawnie brzmi w sumie;
**) Myslovitz będzie wyżej niż Riverside, więc to zdanie nie ma sensu [przyp. Spoiler-Man]
piątek, 15 lutego 2013
320. Dream Theater - Train of Thought
Teraz będzie śmiesznie w tagach po prawej, bo będzie wyglądało, jakbym był fanem Black Sabbath i Dream Theater.
To jest w sumie sentyment duży, byłem świeżo upieczonym fanem Systemu i nie bardzo ogarniałem o co chodzi z muzyką. Zarejestrowałem się na forum fanów SOAD, gdzie były same małolaty i ktoś polecił tę płytę właśnie, jako dobry pomysł na początek. Na tle dyskografii dosyć nietypowa, zwłaszcza w porównaniu z wcześniejszymi albumami - pierwsza tak ciężka, że mogłaby być płytą jakiejś Metalliki (tylko zajebista perkusja zdradza, że to nie Lars na garach), chociaż i jakieś tandetne numetalowe naleciałości już się tu pierwszy raz pojawiają. Najlepsze fragmenty to jak zwykle instrumentale (oczywiście nie wszystkie, przesadzonych gitarowych onanizmów jest sporo), ale trzeba przyznać, że LaBrie jest zupełnie znośny w swoim udawaniu Hetfielda - zawsze to lepsze niż jak próbuje wyciągać góry.
Nie wiem kiedy ostatnio tego słuchałem, bo dzisiaj siedzę raczej innych, bardziej pedalskich klimatach, ale uczucie zawsze jakieś pozostaje.
czwartek, 24 stycznia 2013
342. Carina Round - The Disconnection
Taka trochę PJ Harvey wannabe z tej kobiety. Najpierw ją poznałem, a potem PJ i się okazało, że ta druga robi to lepiej. No ale jakieś Uczucie zawsze zostaje. A poza tym kolaborowała z Maynardem, co daje +10 do zajebistości. I w odróżnieniu od PJ jest zajebiście ładna, a to przecież najważniejsze w muzyce.
Jest coś fajnego w szalonych-jakże-drapieżnych dziewczynach z gitarami. Znaczy dopóki sobie nie uświadomisz jak bardzo muszą być irytujące na co dzień. No ale jak się do zoo idzie dzikie zwierzęta oglądać, to nie po to, żeby wracać do domu z jaką panterą czy inną lamą. Lamy to przerażające zwierzęta tak wog'le. Zajebiście trafne porównanie, nieźle mi dzisiaj idzie.
Jest ostro, gitarowo, alternatywnie (to ostatnie jest szalenie ważne, jeśli ubierasz się jak parodia hipstera z braku pieniędzy na normalne ubranie - czyli jak ja), Carina trochę śpiewa, a trochę wydaje z siebie orgazmiczne jęki i to jest dokładnie to, co kobiety powinny robić z wokalem. Żadne nightwishowe operowe piszczenie, absolutnie.
Najlepszy kawałek to oczywiście Into My Blood (którego nie udało mi się znaleźć na YT), ale generalnie dużo dobrego i wyuzdanego można tu znaleźć - Lacuna, Monument, Paris, Motel 74... Bardzo wporzo babka, sam nie wiem czemu tak szybko ją wrzucam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







