Kiedyś dawno dawno temu to była moja ulubiona ichnia płyta, chyba. WIELE SIĘ POZMIENIAŁO od tamtych czasów, ale wśród tych późniejszych płyt to nadal uważam za najlepszą. Ostatnia stricte rockowa w sumie. Dobrze, że nazwali ją Jazz.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą queen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą queen. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 16 maja 2013
230. Queen - Jazz
Kiedyś dawno dawno temu to była moja ulubiona ichnia płyta, chyba. WIELE SIĘ POZMIENIAŁO od tamtych czasów, ale wśród tych późniejszych płyt to nadal uważam za najlepszą. Ostatnia stricte rockowa w sumie. Dobrze, że nazwali ją Jazz.
niedziela, 5 maja 2013
241. Queen - Queen
Debiuty prawie zawsze są fajne, bo zespół jeszcze młody, pełen entuzjazmu i nie wie do końca za co się brać, więc bierze się za wszystko naraz. Co prawda w przypadku Queen było tak chyba przez całą karierę, ale im dalej tym był to bardziej zamierzony eklektyzm niż ściąganie od innych. Tutaj jest dużo Led Zeppelin i Black Sabbath, przyprawionych dla niepoznaki charakterystycznymi chórkami, a na koniec zupełnie od czapy pieśń o Jezusie, która przy okazji jest jednym z najlepszych kawałków na płycie.
piątek, 26 kwietnia 2013
251. Queen - Sheer Heart Attack
Świetna to płyta, choć najmniej ją lubię z tych pierwszych starych artrockowych Queenów. Jeszcze nie A Night at The Opera a już nie Queen II. Ale Trylogia jest fajna, Killer Queen to czołówka ich utworów ever, a nawalone zaśpiewy z ostatniego kawałka wciąż mnie bawią. Takie pijackie We Are The Champions.
czwartek, 28 lutego 2013
307. Queen - A Kind of Magic
Ach, te Queeny z lat 80-ych, jak tu ich nie kochać. Ludzie jęczą, że płaskie brzmienie, płyta bez ładu i składu, ni to soundtrack ni to album, nierówny, niespójny i do dupy, no ale co te wszystkie jęki warte, kiedy Fred śpiewa Who Wants To Live Forever*? NIE ZA WIELE. A i jakąś zdziczałą spójność można na siłę znaleźć - a to tytuł Pain is so Close to Pleasure wydaje się nawiązywać do tego wymęczonego One Year of Love, a to Gimme the Prize i Princes of the Universe tak samo ociekają Nieśmiertelnym**, że już nie wspomnę o tym, jak SZALENIE błyskotliwym jest dawać kawałek zatytułowany Don't Lose You Head na płycie, która udaje soundtrack do filmu o ucinaniu głów. Przednia płyta, świetna zabawa, friends will be friends.
*) nota bene jeden z ich najlepszych utworów ever;
**) nota bene wybitnie zjebany film - jak bylem dzieckiem to się go bałem, a jak go dziś oglądam to mi się Mortal Kombat większym dziełem kinematografii wydaje.
piątek, 8 lutego 2013
327. Queen - The Miracle
Się zastanawiałem co robić z Queenami z lat 80-ych - czy się rozdrabniać, czy po prostu jebnąć Greatest Hits gdzieś wysoko. Stanęło na rozdrabnianiu, bo rok długi.
Ta płyta to doskonały argument za tym, żeby olać ich płyty z tej dekady i zainwestować w bestówkę - wszystkie kawałki, które się na niej znalazły rzeczywiście są najlepsze, a często wyprzedzają pozostałe gofry o lata świetlne. Wyjątkiem jest Scandal, którego nieobecność na składance to rzeczywisty skandal. Ale wszelkie My Baby Does Me czy inne Party (że o bonusach i innych chińskich torturach nie wspomnę) można sobie spokojnie darować i nie żałować. Natomiast rzeczone hity, czyli Invisible Man, I Want It All, tytułowy The Miracle, czy - przede wszystkim - Breakthru - to taki sentyment, wspaniałość, melodyjność, zajebistość i Freddie Mercury, że w sumie nieważne co poza tym napchali na tym krążku.
No i jeszcze Was It All Worth It zostaje. Ale nie wiem, co o tym powiedzieć, bo wszyscy zawsze płaczą łzami wzruszenia, że arcydzieło, a mnie to nigdy nie ruszało, więc dam temu spokój.
Dobra okładka tak w ogóle, pierwszy fotoszop ever czy coś.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




