Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1970. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1970. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 lipca 2013

181. Velvet Underground – Loaded



Lou i spółka porzucają eksperymenty i inwestują w fajne piosenki. I wychodzi jedna z trzech najlepszych płyt wydanych pod tym szyldem.



poniedziałek, 1 lipca 2013

184. Deep Purple - Deep Purple in Rock



Klasyk przez duże kla. Tak nisko, bo jest parę Purpli, które jednak lubię jeszcze bardziej. Ale generalnie ta płyta jest jak rozpędzony pociąg (który przy Child in Time się parę razy wykoleja, ale i tak jedzie dalej). Chyba najcięższa w ich dyskografii - nic dziwnego, że się mówi, jakoby Purpele w tym roku (na spółkę z Black Sabbath) stworzyli metal.



poniedziałek, 3 czerwca 2013

środa, 29 maja 2013

217. The Beatles - Let It Be



Czołówka moich ulubionych Bitelsów (chociaż ostatnio odkryłem na nowo Magical Mystery Tour, więc może będę musiał coś ważnego w pośpiechu wywalać, żeby ją wepchnąć). Niby ameryki na tej płycie nie odkrywają, ale oni większość czasu nie odkrywali, więc w sumie co to za nowina. Za to pisali zajebiste melodie.



piątek, 26 kwietnia 2013

250 - Exuma - Exuma I



Karaibski folk, czyli że voo doo i te sprawy. Mało jest równie nawiedzonych rzeczy.

Idę pić, bo 21 i piątek.





wtorek, 12 lutego 2013

323. Black Sabbath - Paranoid



Z okresu z Ozzym najbardziej lubię tę płytę i to głównie dlatego, że jest tu soundtrack z Iron Mana, a tytułowy wcale mi się nie osłuchał. Bo na czym polega szatańskość i moc War Pigs to za Chiny nie wiem, zawsze mi się to wlekło potwornie. Co innego Planet Caravan - jak dla mnie szalenie niedoceniony, klimatyczny, psychodeliczny kawałek zalatujący trochę Flojdami. Miła odmiana od reszty metalowych skrzeków. Poza tym wiadomo kult, szacun i kamień milowy, piję dziś zdrowie wszystkich kudłaczy.



piątek, 1 lutego 2013

334. King Crimson - In the Wake of Poseidon



Było Equinoxe jako przykład płyty, która nie jest megaklasykiem (przepraszam za słowo mega, jestem trochę nieprzytomny dziś) tylko dlatego, że jej poprzedniczka brzmi prawie tak samo, tyle że lepiej. Nie chcę się tu bawić w krytyka i muzykologa i próbować umniejszać znaczenie In the Wake of Poseidon dla muzyki rockowej, bo nie o to rzecz polega na tej stronie. Niemniej jednak trudno nie odnieść wrażenia, że ta płyta to rasowy sequel, kontynuacja, ciąg dalszy nakręcony głównie dlatego, że pierwsza płyta rozwaliła system. I analogii między nimi jest tu sporo, szczególnie w pierwszej połowie płyty. Pictures of a City (moltobene zajebiste) to taki mniej schizofreniczny Schizoid Man, Cadence and Cascade to łagodniejsze I Talk to the Wind, a utwór tytułowy zawzięcie naśladuje Epitaph.

Dopiero po tym kawałku zaczynają się zmiany i odchyły i traci się złudzenie, że King Crimson to zespół jednego stylu (bo czego by o nich, znaczy o nim nie powiedzieć, to w tej dyskografii na monotonię raczej nie da się narzekać). Cat Food jest rozkoszne. Brzmi jak Bitelsi, którzy zmienili się w jazzowych Murzynów i zaczęli nagrywać swoje piosenki na nowo. Zajebiście też łamie ten baśniowy klimat budowany przez ballady, pojawia się zupełnie od czapy, robi zamieszanie i znika. A po nim następuje Devil's Triangle, który jest jednym z najbardziej horrorowych* ze wszystkich ich kawałków i chyba tylko Fracture pod tym względem bardziej ryje czerep.

Dobra płyta, pewnie gdyby to nie był zespół, który jeszcze pojawi się tu jakieś milion razy, to dałbym ją później.

* top5 moich ulubionych słów obok terroru i rabarbaru.

PS. Tym wpisem niniejszym oficjalnie i majestatycznie przebiłem najbardziej optymistyczną prognozę pt. "podda się po miesiącu góra" i odnoszę zwycięstwo.



niedziela, 13 stycznia 2013

353. Syd Barrett - The Madcap Laughs



Flojdzi najlepsze rzeczy popełniali zawsze wspólnie. Kiedy któryś próbował coś kombinować na boku - bywało różnie, ale nigdy nie zbliżało się do poziomu najlepszego okresu zespołu z lat 70-ych. Gilmour solo przynudzał, Waters gadał sam do siebie, a wywalony z zespołu Barrett... no on chyba robił to samo, co zawsze, czyli ćpał. I był wariatem coraz bardziej. Smutna sprawa z tym chłopem.

Kiedy się za niego brałem swego czasu, spodziewałem się, że będzie jak na Piper at the Gates of Dawn, tylko jeszcze bardziej - więcej psychodelicznych odgłosów i progowych odjazdów. Tymczasem okazało się, że stało się to domeną jego byłych kolegów z zespołu, którzy początkowo nie mając za bardzo na siebie pomysłu, kontynuowali to, co wymyślił ich lider. Syd natomiast uwolniony od zespołu i zdany sam na siebie, zaczął grać, co mu w duszy grało, nie zważając za bardzo na wszelkie Opinie Publiczne czy wytwórnię, która olała Pink Floyd i postawiła na niego. A w duszy Barretta grały piosenki dla dzieci. Prawie. Piosenki dla naćpanych dzieci, coś w tym stylu. Ilekroć tego słucham przypomina mi się ta scena z Tenacious D: The Pick of Destiny, jak zjarany Jack Black z pełną powagą ogląda dziecięcą kreskówkę. Trudno ogarnąć co się właściwie dzieje, znakomite melodie są tu wymieszane z kawałkami, przy który Syd zdaje się usypiać (czy odlatywać) od własnego brzdąkania, albo zapominać co miał śpiewać (If It's in You), żeby za chwilę niespodziewanie dowalić takim smutkiem (Long Gone), że to aż wzruszające jest.