Może i nisko, ale jakbym nad każdą płytą myślał czy wyżej czy niżej, to bym się porzygał a potem umarł, a potem jeszcze raz się porzygał. Nie będę ukrywał, że ten dostojny album z rozbrajającą okładką to dla mnie przede wszystkim jeden potężny utwór - Stargazer. To jest tak klasyczne, że powinno być puszczane w Sèvres czy w czymś, jako wzór epickości. Wszelkie Black Sabbathy przed Dio i po Dio, Deep Purpele i inne Uriah Heepy (że o wszystkich późniejszych metalowych dziewicach, które chyba zostały powołane do życia przez tę płytę właśnie) w tym momencie padają na ryje i składają pokłony. W tych ośmiu minutach z hakiem zostaje zdefiniowany hard rock, heavy metal, power metal i power w ogóle, a Dio śpiewa tak, jakby Kostkę Przeznaczenia to zeżarł na śniadanie a potem popił krwią Szatana. Coś pięknego.
A reszta to tam wiadomo, klasycznie klasyczne rocki, bardzo fajne.
