A jebnijmy sobie arcydzieło progmetalu teraz, stać nas. Ich opus of the moon, w każdym razie na pewno później nic lepszego już nie nagrali. Przepych, patos, pretensjonalność, opera, metal, wciągająca fabuła, hymny na cześć reinkarnacji, riff zajebany od Toola, nastrojowe ballady, odgłosy seksu, jazzowe wstawki, gitarowy onanizm, wartka akcja. Chyba tylko efektów 3D brakuje. Swego czasu mnie to wchłonęło całkiem, dziwne to były czasy, to prawda, ale jak już raz wchłonęło to do dziś żywię sympatię. Spirit Carries On wyśpiewałem już setki razy, a Finally Free to co by nie mówić prawdziwe ciary. Natomiast z racji, że to taki muzyczny film, a fabuła nie jest ani jak Tarantino ani jak bracia Coen, to raczej ciężko mi do tego często wracać. A już na pewno nie porwę się w życiu na inną progmetalową rock operę, za stary na to jestem. Six Degrees... męczy mnie potwornie, a wszelkie wytwory w stylu Ayreona to kompletny koszmar.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dream theater. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dream theater. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 27 czerwca 2013
188. Dream Theater – Metropolis, pt 2: Scenes from a Memory
A jebnijmy sobie arcydzieło progmetalu teraz, stać nas. Ich opus of the moon, w każdym razie na pewno później nic lepszego już nie nagrali. Przepych, patos, pretensjonalność, opera, metal, wciągająca fabuła, hymny na cześć reinkarnacji, riff zajebany od Toola, nastrojowe ballady, odgłosy seksu, jazzowe wstawki, gitarowy onanizm, wartka akcja. Chyba tylko efektów 3D brakuje. Swego czasu mnie to wchłonęło całkiem, dziwne to były czasy, to prawda, ale jak już raz wchłonęło to do dziś żywię sympatię. Spirit Carries On wyśpiewałem już setki razy, a Finally Free to co by nie mówić prawdziwe ciary. Natomiast z racji, że to taki muzyczny film, a fabuła nie jest ani jak Tarantino ani jak bracia Coen, to raczej ciężko mi do tego często wracać. A już na pewno nie porwę się w życiu na inną progmetalową rock operę, za stary na to jestem. Six Degrees... męczy mnie potwornie, a wszelkie wytwory w stylu Ayreona to kompletny koszmar.
piątek, 15 lutego 2013
320. Dream Theater - Train of Thought
Teraz będzie śmiesznie w tagach po prawej, bo będzie wyglądało, jakbym był fanem Black Sabbath i Dream Theater.
To jest w sumie sentyment duży, byłem świeżo upieczonym fanem Systemu i nie bardzo ogarniałem o co chodzi z muzyką. Zarejestrowałem się na forum fanów SOAD, gdzie były same małolaty i ktoś polecił tę płytę właśnie, jako dobry pomysł na początek. Na tle dyskografii dosyć nietypowa, zwłaszcza w porównaniu z wcześniejszymi albumami - pierwsza tak ciężka, że mogłaby być płytą jakiejś Metalliki (tylko zajebista perkusja zdradza, że to nie Lars na garach), chociaż i jakieś tandetne numetalowe naleciałości już się tu pierwszy raz pojawiają. Najlepsze fragmenty to jak zwykle instrumentale (oczywiście nie wszystkie, przesadzonych gitarowych onanizmów jest sporo), ale trzeba przyznać, że LaBrie jest zupełnie znośny w swoim udawaniu Hetfielda - zawsze to lepsze niż jak próbuje wyciągać góry.
Nie wiem kiedy ostatnio tego słuchałem, bo dzisiaj siedzę raczej innych, bardziej pedalskich klimatach, ale uczucie zawsze jakieś pozostaje.
wtorek, 22 stycznia 2013
344. Dream Theater - Systematic Chaos
Zespół legenda w niektórych kręgach. Zespół, który był kiedyś wielką nadzieją na wskrzeszenie słusznie zmarłego dinozaura pt. rock progresywny. Zespół, który przy okazji grał jak Iron Maiden i nikomu to nie przeszkadzało, ponieważ łączył heavy metal z artrockiem i to niby mądre posunięcie było. Zespół, który z czasem postanowił olać te pierdolety i zaczął wydawać parodie Muse, Evanescence i innego, za przeproszeniem, numetalu, w zależności od tego co było akurat popularne. Założę się, że gdyby Portnoy nie wyleciał, dziś graliby dubstep z 15minutowymi solówkami gitarowymi. W sumie to byłoby nawet innowacyjne.
To jest ta płyta na której się ostatecznie sprzedali, zaprzepaścili szanse, spalili mosty, wpadli po uszy w żenadę i dali dupy. No bo jak tu z powagą traktować coś co niby jest progresywną suitą, ale opowiada o mrocznym władcy, a wszystko brzmi podejrzanie młodzieżowo? No nie da się. To już nie jest poważny gniew dla starych ludzi z brodą, tylko jakaś impreza dla gimbusów. I to jaka. Ryj się cieszy od ucha do ucha.
Mam z tą muzyką różnorakie wspomnienia. Byłem przez nią np. pierwszy raz w życiu (prawie) na koncercie. Było głośno, metalowo i kudłacze skakały wszędzie, a w połowie zachciało mi się rzygać. Najgorzej wydane 100zł w moim życiu. Ale zawsze to jakieś nowe doświadczenie było. O wiele lepiej wspominam wspólne pijackie śpiewanie drugiej części In the Presence of Enemies wraz z pewnym fanem nightwisha, marillionanistą, spontanicznym striptizerem oraz najstarszym niepełnoletnim człowiekiem w całym internecie (których pozdrawiam).
Bo to taka muzyka jest. Im bardziej jesteś pijany, tym lepsza. Mój błąd, że wtedy na koncercie byłem zupełnie trzeźwy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


